Wojna płci czyli nie męskie granie – wywiad z Ewą Langer i Pauliną Bisztygą

Rozmowa z Ewą Langer i Pauliną Bisztygą – artystkami, twórczyniami kobiecego festiwalu muzycznego Transsmisja


Czyj to był pomysł, żeby zorganizować babski festiwal muzyczny i to sięgający po najcięższe gatunki?

Ewa Langer: Założyłam z dziewczynami zespół, który był moim długoletnim marzeniem, i wtedy pojawił się problem promocji. Pomyślałam, że najszybsza i najprostsza droga to organizacja festiwalu babskiej muzyki, bo to będzie mieć o wiele szerszy kontekst i głębszy sens. Przyjechałyby na taką imprezę inne dziewczyny i mogłybyśmy pokazać sobie i innym, że kobiecy rynek muzyczny naprawdę istnieje. Myślałam też o kobietach, które marzą o graniu, ale nie mają odwagi spróbować. Przyjdą, myślałam, zobaczą, może to je do czegoś zmotywuje. Taki babski festiwal dawałby też pole do popisu mojej „Transloli”. Dlatego trzy lata temu „transsmitowałam” po raz pierwszy. Wszystko odbyło się w klubie Pod Jaszczurami. Właściwie był to jeden wielki koncert, na którym wystąpiły Mass Kotki – wtedy najgorętszy kobiecy zespół w Polsce, i warszawska grupa Betty Be. Wszystko się udało, ludzie przyszli, utwierdziłam się w przekonaniu, że ma to sens.

Przyznam, że oczekiwałam bardziej krwistej historii…

E.L. Po prostu znam wiele dziewczyn, które robią wspaniałe rzeczy i upychają je pod poduszki. Zawsze mi żal, że to gdzieś zalega, bo nie mają siły, by wyjść z tym do ludzi.

Jak sobie radziłyście bez facetów?

Paulina Bisztyga: Jestem przeciwieństwem Ewy i kobiety potwornie mnie denerwują. Rzadko zdarzało mi się pracować z babską ekipą i przygotowania do festiwalu to dla mnie nieustanna irytacja. Jednak zawsze kiedy miałam już w ręku słuchawkę, by zadzwonić po faceta, dopadała mnie myśl: „Dlaczego tak? Czemu na skróty?”. Kobiety-artystki, i to w tak dużym stężeniu, to koszmar. Ewa jest w tym wszystkim racjonalizatorem – pracujmy nad tym, byśmy się nauczyły razem działać.

E.L. Funkcjonuje stereotyp, że kobiety nie potrafią ze sobą współpracować. Faceci wytyczają cel i osiągają go, a kobiety gdzieś się rozpływają, zamazują i utykają na drodze. Każda jest taką emocjonalną indywidualnością, że trudno im jest osiągnąć jeden wspólny cel… co tam cel! Nawet wytyczyć kierunek. Pomyślałam, że chciałabym samej sobie udowodnić, że współpraca kobiet jest jednak możliwa.

P.B. W stowarzyszeniu, które założyłyśmy, mamy 14 dziewczyn. Każda jest cholernie zdolna, inteligentna, ciekawa, ma silną osobowość. Ich współdziałanie jest bardzo trudne. To jak magazyn bomb – iskra i wszystko leci w powietrze…

E.L. Ja jednak wierzę, że fajne rzeczy nie powstają wtedy, gdy wszyscy się zgadzają, tylko właśnie wtedy, gdy każdy jest sobą, ma odmienne poglądy i idee. Jeśli uda się nam dogadać, powstaje coś ekstra.

Składową Transsmisji są warsztaty, ale nie jest to szydełkowanie ani pieczenie słodkich bułeczek.

E.L. W tym roku, m.in. z braku odpowiedniej osoby zarządzającej, warsztaty ograniczyłyśmy do kilku propozycji. Mam nadzieję, że hitem będą „Baby do garów”, podczas których uczestniczki będą wybijać rytmy na naczyniach kuchennych, aż stworzą jeden wspólny rytm. To niezwykle energetyzujące doświadczenie. Będą też warsztaty free style rappingu

P.B. To właśnie będzie dla mnie najwspanialsze na tegorocznym festiwalu – warsztaty z podopiecznymi ośrodka opiekuńczo-wychowawczego. Wielokrotnie mi odmawiano, aż nagle pojawiła się wspaniała młoda dziewczyna, która powiedziała: „Jasne, przyjdziemy na takie warsztaty”. To tym bardziej fantastyczne, że zajęcia poprowadzi Lena Rogowska, która robiła już takie rzeczy z dziewczynami z poprawczaka. Fajna sprawa i bardzo ważna, a jak kto ją sobie nazywa, to nieistotne.

Skoro Wy same macie tak wiele pomysłów, energii i determinacji, to skąd bierze się Wasze przekonanie, że innym kobietom potrzebny jest taki mobilizujący „kop w dupę”? To Wasz feminizm?

P.B. Musimy pamiętać, że nie mówimy o poezji śpiewanej czy popie, w których kobiet jest dużo, tylko o obszarze muzyki nazywanej ciężką. Dlaczego kiedy faceci robią „męskie granie”, nikt ich nie pyta, czy są męskimi szowinistami? My robimy babski festiwal, więc od razu jesteśmy feministkami.

E.L. Na dodatek musimy się wszystkim z tego tłumaczyć. „Dlaczego robisz babski festiwal?” Wiem dlaczego! To dzięki Transsmisji doszło do reaktywacji grupy Oczy Cziorne. Dziewczyny przez lata nie grały, a teraz przyjeżdżają na nasz festiwal.

P.B. To jest chyba najbardziej frustrujące. Męskie granie jest OK, babskie – wojna z facetami i rewolucja. Aktywny facet – świetnie; aktywna kobieta – o coś jej pewnie chodzi. My nie chcemy nikogo obalać i z nikim walczyć. Chcemy pokazać, co dobrego robimy. To nie jest jedynie babskie – jest po prostu świetne, wartościowe artystycznie. Śliczne, fajnie ubrane dziewczyny wychodzą na scenę, żeby świetnie zagrać, a nie na wiec rewolucyjny.

E.L. Myślę, że zmiana stereotypów potrwa jeszcze wiele lat, ale małymi krokami dojdziemy do tego, by patrzeć po ludzku, a nie po babsku czy po męsku.

P.B. To nie jest też tak, że faceci nam nie pomagają. Jest ich trochę – moi muzycy, Kuba, który jest naszym głosem rozsądku, kilku innych. Jednak kiedy próbowałam zjednywać dla nas sprzymierzeńców wśród facetów, zwykle napotykałam opór. Opowiadałam o idei, a oni zawsze mówili: „Tylko ostrożnie, bez afiszowania się, bez rewolucji”. Czy babski koncert to rewolucja?

E.L. Współpracuje z nami określony typ facetów, którzy sami o sobie mówią „feminiści”.

A Wy same? Nazywacie siebie feministkami?

E.L. Nie cierpię, kiedy ktoś tak do mnie mówi. Jeśli koniecznie trzeba mnie jakoś nazywać, to bardzo proszę „łamaczka serc”. To moja ostatnia ksywka. Nazwał mnie tak kolega, który trzy razy zwrócił się do mnie per „feministko”. Nie wytrzymałam i poprosiłam, by nigdy więcej mnie tak nie nazywał.

P.B. Ja nie wiem, jakie określenie do mnie pasuje. Jeśli ktoś chce i czuje, że tak trzeba, niech wymyśla. Ciekawe, jakie określenia by mi przypadły… Fajne! Poproszę o konkurs!

Jakie niespodzianki czekają nas jeszcze w trakcie tegorocznej Transsmisji?

E.L. Poprosiłyśmy gwiazdy o przygotowanie rzeczy na aukcję, która odbędzie się w trakcie festiwalu. Jej celem jest stworzenie „finansowego zaczynu” Rock Camp for the Girls – imprezy, którą planujemy na lato. Na przykład Rykarda Parasol przekazuje na aukcję swoją sceniczną sukienkę, więc, dziewczyny, jeśli się wybieracie, weźcie kasę, bo będą superokazje.

To mi przypomina, że nie powiedziałyśmy, jak się „transsmitować”.

E.L. Bardzo prosto – karnet albo bilet na pojedynczy koncert. Biuro festiwalowe zaprasza do Kawiarni Naukowej, a imprezy będą się odbywać w kilku miejscach Krakowa. Szczegóły są dostępne pod adresem www.transsmisja.com. Będzie ciekawie, będzie bogato. Naszym partnerem jest w tym roku Województwo Małopolskie, a dodatkowo impreza odbywa się w ramach polskiej prezydencji w UE i promuje nasz region. Żartujemy, że zostawiamy facetom politykę, zagarniamy scenę i pokazujemy Małopolskę Wielkich Kobiet.

Czego życzyć „wielkim kobietom” w przeddzień Transsmisji?

P.B. Jestem pragmatyczna. Chciałabym, żeby nasze projekty zyskiwały sprzymierzeńców, także finansowych.

E.L. Jeśli jej marzenie się spełni, to spełni się i moje – zaproszę wreszcie Peaches, a Transsmisja zacznie podróżować po Polsce.

Od siebie dorzucę: i niech publiczność dopisuje.

Rozmawiała Anna Laszczka
Fot. Katarzyna Gromada