Wolę muzykę niż politykę. Z Pauliną Bisztygą o Transsmisji i nie tylko

Wiele osób namawia ją, by zajęła się polityką. Jej artystyczna dusza nie chce jednak z nikim i niczym walczyć. Woli swoją muzykę i kobiecy festiwal Transsmisja. Z Pauliną Bisztygą rozmawia Katarzyna Ponikowska.


Małopolska wielkich kobiet – pod takim hasłem odbywa się w tym roku kobiecy festiwal, który współorganizujesz. Mamy na nim same „wielkie” panie?

Na pewno bardzo ciekawe. Czy wielkie? To już kwestia subiektywna.

Ale z Małopolski?

W tym roku gościmy głównie kobiety z zagranicy.

To dlaczego „Małopolska wielkich kobiet”?

Bo Małopolska jest otwarta na kobiety. Obecnie każde szanujące się miasto europejskie ma tzw. lady fest. Szczególnie żywa jest ta idea w Berlinie, gdzie kobiety zajmują się noszeniem sprzętu, nagłaśniają koncerty, grają w zespołach, a kiedy trwa fest jest zablokowane całe miasto. Chcemy, żeby taka impreza była też tu.

U nas nie ma takich kobiet jak w Berlinie?

Są, ale wstydzą się swojej twórczości, chowają ją do szuflady. Nie mówię tu o popie, ale o cięższej muzyce, która jest zarezerwowana raczej dla facetów.

Jesteś feministką?

Nie wiem, co to znaczy być feministką.

Ale organizujesz babski fest.

Jak faceci robią męskie granie, to nikt się ich nie pyta o to, czy są szowinistami. My robimy babski festiwal i od razu jesteśmy podejrzewane o próbę manifestacji czegoś, czy jakąś rewolucję. Tak nie jest. Moim zdaniem kobiety wcale nie są takie biedne. Wręcz przeciwnie, są bardzo silne i przebojowe. A my po prostu prezentujemy fragment ich twórczości. Chcemy też pokazać, że kobiety potrafią ze sobą współpracować bez kłótni.

A potrafią?

Przyznaję, że jest to trudne, ale nie niemożliwe. Mi osobiście bardzo trudno pracować z kobietami. Uwielbiam ich towarzystwo, są ciekawe i fascynujące, ale nie mam doświadczenia jeśli chodzi o wspólne działanie. Zawsze pracowałam z facetami. I zawsze odbywało się to szybko i bezkolizyjnie.

Z kobietami tak nie jest?

Komunikacja z mężczyzną jest inna. Nie trzeba używać ozdobników. Można rzucić przekleństwem. To jakoś rozładowuje napięcie. Facetowi mogę powiedzieć, że jest taki i taki, i się nie obrazi. A baba się obrazi.

Czyli Transsmisja nie jest feministycznym festiwalem?

Dla mnie na pierwszym miejscu zawsze była muzyka. To jest moja pasja. Ją przede wszystkim chcę dawać ludziom. Boję się iść z jakimikolwiek sztandarami w jakiejkolwiek sprawie. Ja nie ma potrzeby walki. Ale mam potrzebę zapraszać do Krakowa fajne artystki.

To festiwal tylko dla kobiet?

To festiwal przeznaczony dla wszystkich, ale robiony przez kobiety. Pomaga nam jednak wielu facetów, jak na przykład Kuba Palacz z Kawiarni Naukowej czy Leszek Gnoiński.

Z piosenkarki stałaś się organizatorką koncertów. Jak się czujesz w nowej roli?

Obie te role są fajne. Jak sama stoję na scenie, nie stresuję się, bo wiem, co mam zrobić i jestem odpowiedzialna tylko za siebie. Organizacja to już o wiele większy stres.

Dlaczego?

Bo jest się odpowiedzialnym za wszystko – za występy, za publiczność, za kluby, za to, żeby plakaty i ulotki były na miejscu, żeby artystki nie były głodne, żeby miały gdzie spać. Jest sto tysięcy kamyczków potrzebnych do całej piramidy. I trzeba to ogarnąć. To ogromne wyzwanie. A że lubię wyzwania, organizacja to też ogromna radość i satysfakcja, że coś można zrobić.

Rzadziej koncertujesz. Masz przestój w karierze?

Nie, po prostu bardzo mało gram w Krakowie, więcej po Polsce.

Dlaczego?

Bo nie ma co ludzi męczyć sobą. Cieszę się, że nas tu nie widać. My żyjemy z grania, ale skoncentrowaliśmy się na wyjściu z Krakowa. W międzyczasie przygotujemy też nową płytę z pieśniami bałkańskimi.

Udziela się na niej między innymi twoja mama.

Zabieram ją też na koncerty. Razem z moją siostrą udzielają się w chórkach. Moja mama była solistką zespołu Słowianki i to ona zaszczepiła we mnie bałkański folklor.

Jak trzy artystyczne dusze dogadują się z facetem-politykiem?

Tata jest dla mnie przede wszystkim tatą, nie politykiem. Nie gadamy w domu o polityce. Za to tata bardzo chętnie rozmawia z nami o muzyce.

A interesujesz się w ogóle polityką?

Tak, ale jestem idealistką i nie ma ugrupowania politycznego, które byłoby dla mnie dobre w 100 proc. To musiałoby być ugrupowanie idealne, a przecież nie ma ludzi idealnych.

Ale na wyborach byłaś?

Oczywiście. Stoczyłam wiele żmudnych rozmów ze znajomymi, że na głosowanie trzeba chodzić. To nasz obowiązek.

Wielu młodych, zbuntowanych ludzi uważa inaczej.

Nisze są często rogate, na pozór przeciwne, bo nikt z nimi nie rozmawia. Jeżeli polityk miałby w sobie tyle hartu ducha, żeby pogadać z tymi ludźmi, mógłby zrobić dużo fajnego.

Twój tata jest taką osobą?

To, co cenię w ojcu najbardziej to bezpośredni kontakt z człowiekiem. I to, że rozmawia z jednostką, że interesuje go pojedynczy człowiek.

Uważasz, że dobrze zrobił, że się wycofał z polityki?

Nie powiedziałabym, że się wycofał. Mój tata jest nieodgadniony, jeśli chodzi o plany.

Nic wam nie mówi?

To twardy zawodnik. Jak nie ma konkretów, nic nie powie. Na razie ma zasłużony urlop. Ale na pewno za chwilkę się znów objawi.

Nigdy nie myślałaś, żeby pójść w ślady ojca?

Wiele osób mnie do tego namawia. Nie wiem dlaczego, bo tak naprawdę jestem straszną ciapą. Artysta nie może być politykiem, jest zbyt naiwny. Ja sama mam w sobie za mało dyplomacji i cwaniactwa. Za bardzo pokazuję emocje, ludzie wiedzą, czy ich lubię, czy nie. Mogłabym być społecznikiem, ale nie politykiem.

Rozmawiała Katarzyna Ponikowska

……………………………………………….

Paulina Bisztyga – krakowska kompozytorka i piosenkarka, córka byłego senatora Stanisława i piosenkarki Wiktorii. Obecnie Paulina prowadzi w Radiu Kraków muzyczną audycję autorską. Od trzech lat wraz z Ewą Langer organizuje też Festiwal Kobiecej Twórczości Transsmisja, który potrwa do 26 listopada.