Muza zmienia życie – wywiad z Ewą Langer

„Sztuka umożliwia nam kontakt ze sobą, a muzyka robi to w sposób szczególny” – mówi Ewa Langer, organizatorka Lucciola Ladies Rock Camp, obozów rockowych dla dziewczyn w każdym wieku, nawet tych, które nigdy w życiu nie trzymały w ręku gitary elektrycznej. Jest też animatorką festiwalu kobiecej muzyki Transsmisja, który odbywa się w listopadzie w Krakowie. Rozmawiamy więc o kobiecej muzyce i kobietach w muzyce. A także o tym, jak bardzo gra na instrumencie zmienia życie.


Kaśka Paluch: Jak przekonasz kogoś, wyuczonego muzyki klasycznej w szkole, np. mnie, do tego, że można się nauczyć grać na instrumencie, nie chodząc do szkoły muzycznej?

Ewa Langer: Ciekawe pytanie. Czytałam ostatnio wywiad z siostrami Wrońskimi, które są po szkole muzycznej. Mówiły, że w szkole muzycznej nie nauczyły się improwizować, bo tam jest wszystko „od – do”. Nauczyły się tego dopiero, grając w zespołach rockowych.

Często się okazuje, że muzycy po szkołach, kiedy znajdą się w zespole, gdzie nie ma nut… nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić.

Ewa Langer: Początkowo nie mogłam tego pojąć. Dopiero później dowiedziałam się, że w szkole muzycznej nie uczy się improwizacji. Nasza perkusistka z Transloli jest po Akademii Muzycznej. Grając z nami, czegoś się nauczyła. Na przykład grać punka. My też dostałyśmy od niej dużo, ale myślę, że to działało w obie strony.

Czyli można się nauczyć grać bez szkoły?

Ewa Langer: Żeby zagrać koncert czy prostą piosenkę, wystarczy znać trzy chwyty gitarowe. A tego nauczysz się w ciągu pięciu dni. Podobnie jest z prostym rytmem na perkusji. Na ostatniej Luccioli najstarsza uczestniczka miała 69 lat. Poznałam ją już wcześniej w Warszawie – mówiła, że zapisała się na perkusję, bo ma nadwyżkę energii. To fakt, jest niesamowita, prowadzi zajęcia fitness dla kobiet 50+ i ma rzeczywiście ogromną energię. Ale zastanawiałam się: czy ta nadwyżka mocy jej wystarczy? Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, że perkusja jest trudnym instrumentem? Okazało się, że jest naturalnym talentem. Usiadła za garami i po prostu zaczęła grać. I po pięciu dniach zagrała koncert. Oczywiście, skoro jesteś po szkołach, to wiesz, że jest granie i granie. Natomiast uważam, że w prosty sposób można się nauczyć grać w kilka dni, a już to, co się z tym dalej zrobi, jest sprawą indywidualną. To może być jednorazowa przygoda albo można to rozwijać.

Jednak trzeba mieć jakieś predyspozycje. Na przykład poczucie rytmu.

Ewa Langer: Uważam, że wszystkiego można się nauczyć. Oczywiście jednym jest łatwiej, innym trudniej. Na jednym z obozów była dziewczyna, której na początku gitara niezbyt leżała w ręku. To było jej pierwsze tak bliskie spotkanie z muzyką w ogóle. Mówiła, że nie słyszy w muzyce linii basu i linii gitary. Minął rok. Przyjechała na letnią Lucciolę, po drodze biorąc lekcje gry na gitarze, i powiedziała: „Już słyszę muzykę, ogarniam to”. Widzę, że i gitara też jej leży. Jestem pełna podziwu dla osób, które tak dużo trudu muszą włożyć w pasję i nie poddają się. Szczególnie że im dziewczyna jest starsza, tym ma trudniej. Cudownie jest patrzeć, jak one się rozwijają, ile im to daje radości. I jak umiejętność grania na instrumencie zmienia całe życie.

Kiedy się dowiedziałam o waszych obozach, pomyślałam, że to musi chyba czasem przypominać jakąś formę grupowej terapii. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej, bo muzyka otwiera ogromnie dużo rzeczy w głowie.

Ewa Langer: Oczywiście. Wiele dziewczyn przyjeżdża na obozy z takiego powodu – chcą coś zmienić w swoim życiu. Zmierzyć się z lękami, niemocą, powrócić do marzeń z dzieciństwa… To najczęściej ma ogromną siłę terapeutyczną. Letnie obozy, podczas których 30 dziewczyn jest ze sobą razem praktycznie non stop, przynoszą bardzo różne rzeczy. I po tym sezonie myślę, że kolejne obozy powinny już być z terapeutką. Bardzo różne kanały się otwierają. Po obozach dowiaduję się, że często przyczyniają się one do podejmowania zmian w życiu w ogóle.

To musi być solidny bodziec.

Ewa Langer: Generalnie sztuka umożliwia nam kontakt ze sobą. Tak to działa. A muzyka umożliwia to w sposób szczególny. I różne rzeczy się dzieją, często fajne, ale czasem nie, bo wyskakują demony. Kontakt ze sztuką i ze sobą otwiera coś, co na co dzień chowamy i o tym nie myślimy. Każdy niesie jakiś swój bagaż przeszłości, dzieciństwa… a sztuka to otwiera. Zwłaszcza jeśli się wiąże z przebywaniem przez tydzień w kobiecym gronie. Jest śpiewanie, granie, rozmawianie, pisanie tekstów. Pojawiają się kryzysy, z którymi dziewczyny nie mogą sobie poradzić, bo to jest bardzo nowe.

Terapeutka ma to jakoś kontrolować?

Ewa Langer: Nie, pomóc. Rozmawiać i wspierać. Nauczycielki nie są terapeutkami, tylko nauczycielkami, niektóre nawet nie zawodowymi. Same się trochę uczymy, jak uczyć. Moim zdaniem nasze nauczycielki są wyjątkowymi osobowościami, na tyle charyzmatycznymi, że potrafią sobie poradzić z tą sytuacją, ale powinny mieć wsparcie.

Pamiętasz jakąś szczególnie trudną sytuację?

Ewa Langer: Przygotowałam warsztaty tekstowe i na koniec dałam tekst, w którym należało podkreślić 10 słów i stworzyć z nich własną piosenkę. W tym roku wybrałam artykuł dotyczący przemocy wobec kobiet w Albanii. Dość mocny tekst, ale dla mnie nie wstrząsający. Natomiast dla części uczestniczek był tak szokujący, że odmówiły pisania, zareagowały niezwykle emocjonalnie. Zaczęłam się zastanawiać, co z tym zrobić, miałam nawet poczucie winy. Ale później doszłam do wniosku, że tekst był wyzwalaczem. Uruchomił pewne procesy, które w grupie zaczęły się dziać już wcześniej. A jeśli jesteś w procesie, to trudno spojrzeć z dystansu, który przychodzi z czasem. To też jest ważne, że takie rzeczy się dzieją i że dzięki sztuce możemy się z tym jakoś uporać. Chodzi o to, żeby przerobić to na twórczość. W tym sensie sztuka jest oczyszczająca.

Śledzicie to, co się później dzieje z uczestniczkami obozu?

Ewa Langer: Tak, mamy z nimi kontakt. Do tej pory jest to już ponad 50 dziewczyn. Bardzo wiele z nich kupiło instrumenty, wzmacniacze, nadal grają. Kontaktują się też między sobą, zakładają zespoły. Wiele z nich chce grać w zespołach kobiecych, chociaż mając te umiejętności, mogłyby próbować grać z facetami. Ale granie z kobietami ma inną wartość.

W jakim sensie?

Ewa Langer: To jest moje osobiste spostrzeżenie. Uczyłam się, grając w zespole PRL, i na początku było OK, podstawowe rzeczy złapałam szybko. Ale później doszłam do momentu, którego nie mogłam przeskoczyć, bo niezbyt się przykładałam. Lider, który uczył mnie podstaw, powiedział, że to już pora, kiedy muszę sama działać. Od strony technicznej byłam najsłabszym elementem zespołu. Czułam się gorsza, nie miałam tyle śmiałości, żeby robić coś swojego. A kiedy próbowałam, było to zazwyczaj krytykowane. Dopiero granie w kobiecym zespole, w Transloli, pokazało mi, że mogę się mylić i próbować. Czułam się bezpieczniej.

Właśnie, powiedziałaś kiedyś, że dziewczynom łatwiej się uczyć u kobiet. Jest w nas chyba jakiś zakodowany lęk przed pomyłką, ośmieszeniem, a już zwłaszcza przed zrobieniem tego przy nauczycielu. To nowość, że kobiety wchodzą na scenę muzyczną, rockową. A faceci są tam od…

Ewa Langer: Od początku. Myślę, że oni w sposób naturalny czują się pewniej.

Jeśli popatrzeć na historię muzyki w ogóle, to okazuje się, że kobiety w niej właściwie nie istniały. Trudno znaleźć nazwiska kompozytorek aż do XX wieku. Sporo jest do nadrobienia. Mówi się, że muzyka nie ma płci, jest jednak taki kierunek jak muzykologia feministyczna, który bada muzykę pod kątem płci właśnie. Są teorie, według których muzyka pisana przez kobiety jest – generalnie – bardziej nastawiona na komunikację. Muzyka „męska” przy niej jest raczej opisowa.

Ewa Langer: To jest ciekawe, bo po pierwszym obozie Lucciola zastanawiałyśmy się, jak to się stało, że dziewczyny, które nie miały wcześniej styczności z muzyką i dopiero uczą się grać, wymykają się ramom muzyki rockowej w rodzaju zwrotka – refren – zwrotka. Dziewczyny robią tę muzykę jakoś zupełnie po swojemu, nie stosując się do wypracowanych przez mężczyzn zasad. Czasem wychodzą im dziwne, trudne do klasyfikacji rzeczy. Bardzo ciekawe. Dziewczyny nie idą utartą ścieżką. Gdy zaczynają tworzyć w swoim gronie, robią to zupełnie po swojemu – i trudno to opisać, ugryźć.

Może to wynika z tego, że dziewczyny traktują muzykę bardziej jako „narzędzie” do wyrażania siebie.

Ewa Langer: Myślę, że tak. Ta muzyka jest głównie sięganiem w głąb siebie i wyrażaniem emocji. Mniej w tym wszystkim chodzi o samą formę. Czytałaś książkę Kim Gordon? Bardzo mi się spodobała, chociaż może nie jest tak dobrze napisana jak Poniedziałkowe dzieci Patti Smith. Kim Gordon jest intelektualistką. Pisze w swojej książce o tym, że grając muzykę jako niezbyt dobra instrumentalistka i wokalistka, starała się przekraczać granice. Śpiewać nieczysto, krzyczeć. Uważa się, że kobieta powinna śpiewać ładnie i nie powinna krzyczeć na scenie. Kiedy ona zaczynała grać w Sonic Youth, niezbyt się to podobało. Ale ona robiła to bardzo konsekwentnie. Dlaczego nie? Przecież tak czuła. I to też jest OK. Bo koniec końców w muzyce tego zespołu wszystko się zgadza, chociaż nie jest po sznureczku. To mi się bardzo spodobało. Że wystarczały jej podstawowe umiejętności, aby móc siebie wyrazić.

Trzeba mieć takie jaja jak Kim Gordon, żeby to konsekwentnie forsować.

Ewa Langer: Sama widzisz – mówisz, że „trzeba mieć jaja”.

Wiem, kobieta musi mieć „jaja”, żeby być przebojowa. Ech, te językowe pułapki.

Ewa Langer: Z jakiegoś powodu utarło się myśleć, że rock nie jest domeną kobiecą. Żeby grać na perkusji, trzeba być silnym facetem. Co ciekawe, ja też tak przez jakiś czas myślałam! A kiedy teraz patrzę na dziewczyny, szczególnie te młodsze, na Karioce, jak one grają na perkusji, myślę, że jestem jednak głupia, ulegając stereotypom. Ktoś kiedyś z jakiegoś powodu nam wmówił, że się nie nadajemy, bo to jest męski sport.

Czy dziś łatwiej niż przy pierwszej edycji wypełnić program Transsmisji kobiecymi zespołami? Jest ich więcej?

Ewa Langer: Zespołów jest więcej, chociaż nadal uważam, że w Polsce nie ma czegoś bardzo spektakularnego. Ciągle nie jest tak, żeby móc przebierać. Wydaje mi się, że kobiece zespoły mają tendencję do powstawania i rozpadania się, oczywiście tak jak męskie zespoły, ale tych kobiecych jest mniej, więc to automatycznie wyraźniej widać.

Znikają, bo wchłania je jednak „system”?

Ewa Langer: W ogóle bycie w zespole jest trudne. Zespół jest jak związek, który ma swoją dynamikę, z tym że tu jest to związek kilku osób, często bardzo różnych. Najpierw jest euforia, później ciężka praca i zbieranie jej owoców. Jednak jeśli nie ma owoców, to bardzo trudno zespół utrzymać. A do tego wszystkiego dochodzą wątki osobiste, życie rodzinne. Chyba dlatego te zespoły się rozpadają.

Co jeszcze jest wyzwaniem w organizacji takiego festiwalu?

Ewa Langer: Największą trudnością są finanse. Kiedy robiłam pierwszą Transsmisję, poszłam totalnie na żywioł, ale później chciałam iść dalej i pokazać, co się dzieje w światowej kobiecej muzyce. Program budowałyśmy w zależności od tego, jaki był budżet. Ostatnia edycja festiwalu była bardziej rozbudowana, bo dostałyśmy – ostatnie już chyba – dofinansowanie od Ministra Kultury i Sztuki. Może kolejne będzie za cztery lata… I mogłyśmy zaprosić np. Alinę Orlovą, która jest drogą artystką. W tym roku działamy z mniejszym budżetem, więc nie możemy już sobie pozwolić na wiele. Program będzie okrojony do dwóch dni. Chciałybyśmy pokazać to, co nowego dzieje się w kobiecej muzyce, także na scenie hiphopowej, bo w Polsce ta scena jest bardzo interesująca.

Masz „dyrektorski” nawyk szperania w sieci w poszukiwaniu najdziwniejszych, najświeższych zespołów?

Ewa Langer: Chciałabym to robić, ale ponieważ zajmuję się wieloma rzeczami naraz, to często nie mam czasu. I jestem w tym bardzo niesystematyczna. Ostatnio jednak zaczęłam zgłębiać scenę hiphopową, zastanawiam się nawet nad hiphopową Lucciolą. Do większości rzeczy dochodzę metodą prób i błędów.

To czego możemy się spodziewać w tym roku?

Ewa Langer: Będzie na pewno El Banda… choć można by się zastanowić, czy to aby jest zespół kobiecy. (Śmiech) Ale jest tam mocna, charyzmatyczna postać Anki, którą zawsze podziwiałam. Będą Pochwalone w nowej, trzyosobowej odsłonie. Wilcze Jagody – młody zespół, który chcemy pokazać, bo jest zupełnie świeży na rynku muzyki kobiecej, a także Niskie ciśnienie i być może Lor.

Rozmawiała: Kaśka Paluch
Fot. Joanna Gontkiewicz
Źródło: Miasto Kobiet