Kobieta z Missją – wywiad z Ewą Langer

„Stojąc na scenie ma się pewną władzę, a władza wiąże się z seksem” – mówi nam Ewa Langer, kiedyś groupie, dziś feministka propagująca kobiecą twórczość i basistka punkowej Transloli.


Zastanawiałaś się nad tym, czy muzyka ma płeć?

Nie ma. Muzyka to muzyka.

To skąd się wzięło określenie „muzyka kobieca”? Chwyt marketingowy?

W pewnym sensie tak, choć tylko częściowo. Chcę pokazać, że kobiety potrafią świetnie grać, mogą ruszyć w świat i być zauważone, potrafią tak samo mocno zagrać jak mężczyźni. Ludzie, którzy decydują, co powinno być na topie, wciąż nie traktują poważnie tzw. kobiecej muzyki. Może kobiecą muzykę utożsamiają z wokalistkami, które wyją na przykład o tym, że jest im źle, bo facet je rzucił.

Może faktycznie jest im źle. (śmiech)

Ja nie chciałabym wykonywać tekstów, że on mnie rzucił i co ja teraz zrobię. Trzeba sobie wreszcie wybić z głowy, że centrum naszych zainteresowań są mężczyźni. Tak nie musi być. Kobiety mogą całkiem fajnie funkcjonować, nie mówię, że bez mężczyzn, bo to nie jest możliwe, ale ja jednak chciałabym równouprawnienia.

Czym się według ciebie różni muzyka grana przez kobiety a grana przez mężczyzn?

A różni się czymś? Też się nad tym zastanawiałam. Czy kobiety mają inny rodzaj wrażliwości? Może. Ale czy nie mamy wrażliwych facetów? Zawodzący, wrażliwy, niezwykle emocjonalny Leonard Cohen. A męska muzyka emo? Czy nie jest oparta na emocjonalności, wrażliwości i delikatności?

Jeśli widzę różnice, to bardziej w przekazie.

Tak. Inny rodzaj problemów dotyczy kobiet, a inny mężczyzn.

Wielu facetów kojarzy muzykę kobiecą z wojującym feminizmem. Zgadzasz się z tym?

Jestem feministką i myślę, że ma prawo tak się kojarzyć. Jest jednak różne rozumienie feminizmu. Jeśli popatrzymy na to, że w Polsce wciąż kojarzy się on pejoratywnie z herod-babą, która zabiera mężczyznom przywileje, to nie jest dobrze. Wciąż jesteśmy daleko w tyle za tym, co dzieje się na przykład w Niemczech. We wrześniu zeszłego roku byłyśmy z Translolą zaproszone na Ladyfest do Berlina i obejrzałam sobie to wszystko od środka. Całą organizacją zajmowały się kobiety, przygotowywały rzeczywiście wszystko: oświetlenie, dźwięk, pracowały przy konsoletach, nosiły paczki, ustawiały scenę. To było świetnie zorganizowane. Dziewczyny, które nas nagłaśniały, były bardzo uważne, miłe, grzeczne i dobrze to zrobiły. Przyjechałam z Berlina w szoku… Zwróć uwagę, że my nawet nie mamy polskich odpowiedników nazw tych zawodów. Bo jak powiemy? Dźwiękówka? (śmiech)

Jak ty rozumiesz feminizm?

Chciałabym, żeby kobiety zrozumiały, że mogą być niezależne, że nie muszą zawieszać się na facetach i uzależniać swojego życia od mężczyzny. Żeby uwierzyły, że mogą niezależnie robić swoje rzeczy, czegokolwiek nie wymyślą. Nie powinny myśleć, żeby złapać bogatego męża, ale żeby się rozwijać, kształcić i coś fajnego zrobić dla siebie, podążać własną drogą. I dlatego robię festiwal Kobieca TranssMisja.

Jaka jest idea festiwalu?

Pokazywać różne obszary sztuki niezależnej, tworzonej przez kobiety. Nie ściągać Moniki Brodki tylko wyciągać artystki z obrzeży, takie których media nie promują. W następnej edycji będzie wieczór poświęcony Lhasie del Sala, kanadyjskiej niesamowitej artystce, zmarłej w zeszłym roku na raka. Chcemy zaprosić różne artystki, aby zaśpiewały jej piosenki.

Druga edycja odbyła się w grudniu zeszłego roku. Jesteś zadowolona?

Bałam się, że jak jednego dnia wystąpią punkowy Miraż z Warszawy i Mademoiselle Karen będzie zgrzyt. Okazało się, że wszyscy mogą się pogodzić, muzyka ponad podziałami. Myślałam, że przyjdzie więcej ludzi. Drugi dzień nie był taki jak planowałam, ale się uczę. Kompletnie nie wiedziałam, że nie powinnam łączyć Pauliny Bisztygi i Fuki Laty. Zrobiłam sporo błędów, ale osiągnęłam swój cel – zorganizowałam festiwal prawie bez wsparcia finansowego i zakończyłam go leciutko pod kreską, co jest zupełnie dobrym wynikiem. Ale przy następnej edycji powinno być lepiej, bo zakładam fundację Kobieca TranssMisja.

Co ma mieć w statusie?

Celem jest organizowanie festiwalu, który – mam nadzieję – będzie się rozrastał. Jeszcze w tym roku nie zaprosimy Peaches, bo jest za droga, ale może za dwa lub trzy lata zaśpiewa u nas. Chcemy się też zajmować promocją kobiecej twórczości. Chciałabym pokazać wszystkie moje koleżanki-artystki. One robią fantastyczne rzeczy, ale chowają się w domach, bo kompletnie nie wierzą w swoją moc. Chciałabym pomóc im odzyskać wiarę w siebie. Jak będziemy mieć status prawny, będę mogła występować do sponsorów, ale też pozyskiwać środki unijne, bo Unia jest bardzo przychylna działaniom kobiecym.

Zauważyłem, że podczas Kobiecej TranssMisji na widowni przeważały kobiety.

Na Facebooku fanów kobiet mamy 75 procent. Podobnie na koncertach. Nie wiem, dlaczego głównymi odbiorcami są kobiety, a faceci niechętnie przychodzą na żeńska muzykę.

W Berlinie wyglądało to inaczej?

Przyszło z 700 osób i nie zauważyłam, żeby była przewaga kobiet. No, może lekka… Zauważyłam natomiast dużo transów. (śmiech) Gabi [gitarzystka Transloli – przyp. aut.] po koncercie poszła kupić piwo. Przy barze stała piękna blondyna, która odwróciła się w pewnym momencie do Gabi i powiedziała basem: „No, malutka, świetnie śpiewałaś. Postawić ci piwo?”

Może mężczyźni boją się, że chcecie im zagarnąć rock’n’rolla? (śmiech)

Wiesz, Translola może mieć równie mocny przekaz jak Wu-Hae czy Chupacabras. I chyba rzeczywiście mężczyźni obawiają się, że kobiety mogą odebrać im ten prym macho na scenie.

Nie unikniesz seksualności…

Ale zobacz, jak grające dziewczyny są pokazywane, na przykład u Szymona Majewskiego. A może my unikamy tego, by na scenie być w stereotypowy sposób sexy? A może chcemy zwrócić uwagę na to, jak gramy, a nie na to, że chcemy być ładne na scenie i podobać się mężczyznom? Poza tym przebieranie się w szpilki wcale nie uważam za bycie sexy.

Faceci stojący na scenie podobają się dziewczynom tylko przez to, że tam są.

Już samo stanie na scenie jest sexy bez względu na to, czy jest się mężczyzną czy kobietą.

Rozumiem, że czujesz się sexy stojąc na scenie?

Stojąc na scenie ma się pewną władzę, a władza wiąże się z seksem. To magiczne.

Jak zaczęłaś grać?

Chciałam być aktorką, ale nie wyszło, więc zaczęłam grać na gitarze. Nawet zdawałam do szkoły teatralnej, ale się nie dostałam, a potem byłam na dwuletnim stażu w Teatrze STU. Później poznałam Bogusia Łyszkiewicza, który zakładał Chłopców z Placu Broni i pojechałam z nimi i Sztywnym Palem Azji w trasę jako groupie. Oni wtedy dużo jeździli w trasy w ramach Krajowej Sceny Młodzieżowej i przemierzyłam z nimi wiele setek kilometrów. Poznałam muzyków T. Love i KSU. Na koncertach było wiele groupies, które potem szły z muzykami do hotelu. Ja byłam taką groupie z wyższej półki, bo byłam dziewczyną Bogusia Łyszkiewicza. W trakcie jednej z takich tras założyliśmy z Bogusiem i Jarkiem Kisińskim ze Sztywnego Pala Azji zespół The Nos i tak się zaczęło. Jarek z Bogusiem ułożyli trzy piosenki. Nie umiałam grać na basie, więc Jarek mi pokazał. Wtedy byli na topie, więc weszliśmy do studia S4 i nagraliśmy te piosenki. Tak naprawdę nauczyłam się grać, gdy poznałam Rafała Kwaśniewskiego i założyliśmy PRL. Po rozpadzie PRL miałam 10 lat przerwy. Największy postęp zrobiłam ostatnio z Translolą. Może, dlatego, że nie ma żadnego faceta, który mi mówi, jak mam grać? I po raz pierwszy odważyłam się na własną kreatywność.

Jaka jest różnica między graniem z facetami i kobietami?

Ogromna. (śmiech) Gdy grałam z facetami, to mi pokazywali dźwięk po dźwięku. Bez dyskusji. Może trafiałam w swoim życiu na wściekłych liderów? Nawet jak grałam w Eloe, zespole mojego przyjaciela, który mówi o sobie, że jest feministą, to dostawałam po łapach. Miał wymyślone całe piosenki i gdy próbowałam trochę zmienić linię basu, patrzył na mnie i mówił, że wymyślił je już wiele lat temu, są bardzo dobre i nie trzeba w nich niczego zmieniać. (śmiech) Już nie mówiąc o Kwasku [mowa o liderze grupy PRL – przyp. red.], który przynosił gotowe piosenki, ułożone łącznie z perkusją, chórkami, aranżem. Nie było mowy, żeby o czymkolwiek dyskutować. A z kobietami jest fajny przepływ. I nawet z taką Żanetą [perkusistka Transloli – przyp. aut.], która jest jedynym wyuczonym muzykiem w naszym zespole, da się porozmawiać i podyskutować.

Jak na przestrzeni lat zmieniło się w Polsce podejście do kobiet na scenie?

Kiedy zaczynałam, nie było w Polsce żadnej kobiety basistki, teraz jest wiele. Wtedy stanowiłam ciekawostkę, ale wciąż zdarza się takie lekceważące podejście, jak choćby wtedy, gdy grałyśmy przed Dr. Hackenbush. Przed wyjściem na scenę ich gitarzysta powiedział do Gabi: „No, malutka, dacie radę”. A zabrzmiałyśmy chyba mocniej niż oni. To stereotypy kulturowe, że są kobiece i męskie zawody. Tak jak nie ma mężczyzn salowych, a i pielęgniarzy jest mało, tak samo mówi się, że kobiety nie potrafią grać na tzw. męskich instrumentach. To nie jest prawdą.

Propagujesz twórczość Yanki Diagilewej. Kim ona jest?

Bardzo ważną postacią postradzieckiej kultury niezależnej. Była bardką z gitarą i śpiewała pieśni. Potem poznała Jegora Letowa, lidera pierwszej punkowej kapeli Grażdanskaja Oborona. Mieli romans i zaprosił ją do zespołu, w którym śpiewała i pogrywała na basie. Zginęła w 1992 roku. Jej twórczością zaraził mnie Darek Kłosiński z LD50, który najpierw przywiózł mi artykuł o niej, potem płytę. Przetłumaczyliśmy teksty, zaaranżowałyśmy osiem piosenek. One mają proste i piękne melodie. Oczarowały mnie. Od tej pory nasze koncerty dzielimy na dwie części i drugą poświęcamy Yance. Ludzie mówią, że jest mocniejsza.

Co cię w niej najbardziej oczarowało?

Świetne, bardzo mocne, a przy tym głębokie i trudne teksty. To, że poznałyśmy jej twórczość spowodowało, że już nie chcę wykonywać prostych, lekkich piosenek. I zaczął się problem, skąd wziąć teksty, które będą równie dobre. W końcu wymyśliłam, że wybierzemy osiem wierszy współczesnych poetek i zrobimy do tego muzykę. Mamy Marię Pawlikowską Jasnorzewską, Annę Świrszczyńską, Marinę Cwietajewą i kilka innych.

Pojechałaś na Syberię, gdzie Yanka mieszkała. Dała ci coś podróż jej śladami?

Dowiedziałam się dużo, głównie na temat Yanki, bo najbardziej interesowało mnie, jak zginęła, jak żyła. Pouczająca podróż i zorganizowanie jej wcale nie było tak bardzo skomplikowane.  Przyjaciółka zespołu zarekomendowała nas na festiwal Mit Ost w Perm na Uralu. Organizatorzy sfinansowali nam całą podróż. Gdy już wiedziałam, że jedziemy na ten festiwal, napisałam do znajomych na Syberii i mnie zaprosili. Dziewczyny z Transloli wróciły po festiwalu do Polski, ja pojechałam dalej. W Rosji pocieszyłam się – kobiety mają jeszcze gorzej niż u nas.

Dlaczego?

Najpierw byłam w Berlinie, gdzie widziałam 50-letnie kobiety z zielonymi włosami jeżdżące na rowerach i nikogo to nie bulwersowało, nikt się nie przyglądał. Potem wróciłam do Polski, gdzie wszystko jeszcze dziwi. Gdy pojechałem do Rosji to zobaczyłam, że kobiety chodzą w miniówkach i na wysokich szpilach, bo mają czas do 25. roku życia, żeby złapać faceta. Później są za stare, a poza tym i tak większość facetów zaczyna chlać. Więc jest ogromna walka o mężczyznę. Tam kobiety są głównie skoncentrowane na tym, żeby wyjść za mąż. I pocieszyłam się, że jednak w Polsce już jest inaczej i – mam nadzieję – festiwale takie jak Kobieca TranssMisja jeszcze bardziej to zmienią.

Rozmawiał Leszek Gnoiński
Fot. Joanna Gontkieewicz