Ewa Langer w Magazynie Basista 7/2016

magazyn-basita-ewa-langer

Od dziecka marzyła, żeby zostać artystką. Basistka legendarnego zespołu PRL i żeńskiego kwartetu Translola. Pomysłodawczyni i współorganizatorka festiwalu Kobieca Transsmisja. Niestrudzona propagatorka żeńskiej twórczości. Inicjatorka obozów rockowych dla młodych i starych dziewczyn wyzwalająca w kobietach chęć grania, tworzenia oraz zmieniania świata. Charyzmatyczna kobieta z misją.


Swoją najsłynniejszą płytę, a w zasadzie kasetę, zatytułowaną „Polski Rokendrol”, nagrałaś w 1994 r. z zespołem PRL. W jaki sposób zostałaś basistką czyli jak Ewa Langer stała się Evą Fiut?

To raczej na odwrót, Eva Fiut stała się Ewą Langer. Fiut to nazwisko po moim węgierskim pradziadku, Langer po niemieckiej prababce, jestem prawnuczką imigrantów. Kwasek, gitarzysta i lider PRL, lubił posługiwać się mną, używając nazwiska mojego pradziadka. Kiedy PRL umarł, zaczęłam używać nazwiska prababki, chyba lepiej brzmi. Chociaż Fiut też jest cool. A basistką zostałam przez przypadek. Jeździłam w trasy z Chłopcami z Placu Broni, słynna Krajowa Scena Młodzieżowa, kilka zespołów w autobusie i jazda z koncertu na koncert. Moim chłopakiem był Boguś Łyszkiewicz i podczas jednej z tras powstał zespól The Nos – Boguś, Jarek Kisiński i Ciapek ze Sztywnego Pala Azji oraz ja na basie. Nagraliśmy dwie piosenki, jedna z nich trafiła na listę przebojów Trójki, ale kariera zespołu szybko się skończyła, bo wyjechałam do Norwegii. A tam poznałam Kwaska, wtedy gitarzystę Kultu, potem Elektrycznych Gitar. Gdy Elektryczne Gitary wywaliły go za skandaliczne zachowanie na scenie, założyliśmy PRL. Początek lat 90-tych w Krakowie to najbardziej barwny czas w historii rockandrolla w tym mieście. Graliśmy koncerty praktycznie w każdą sobotę, PRL i Homo Twist Maćka Maleńczuka w klubie Krokodyl na rogu Rynku i Anny albo ze Świetlikami w Krzysztoforach, prężnie działał klub Rentgen. Przez jakiś czas mieliśmy próby w Teatrze Buckleina i w klubie Pod Gruszką. Mroczne i fajne czasy.

Co pociągało Cię wtedy w punku i alternatywnym rocku? Energia, przekaz, bunt?

Zdecydowanie energia. Początek lat 90-tych w Polsce. Nagle wszyscy poczuli wolność, zachłysnęli się nią, powstawały kluby muzyczne, Kraków zaczął żyć, także w nocy. Ludzie tłumnie przychodzili na koncerty, przeżywali, wreszcie mogli się oderwać od szarości, nudy, bylejakości. Światem zawładnęła Nirvana. Pamiętam, jechaliśmy na koncert, kiedy podano wiadomość, że Cobain się zabił. W Krzysztoforach trudno było znaleźć wolne miejsce, klienci tańczyli między stolikami i wykrzykiwali wersy wraz z Rage Against The Machine. Nie będę pisać o narkotykach, ale było ich sporo. Miasto kipiało energią. Po koncertach wracałam nad ranem do domu, po raz pierwszy widziałam w nocy tylu ludzi na ulicach. Ale był też bunt, grałam na basie, żadna dziewczyna tego nie robiła. Czułam się wyróżniona, ale było to nieco dziwne, bo wszyscy zwracali na mnie uwagę.

Od zawsze o tym marzyłaś? Stać z gitarą na scenie, komponować piosenki, porywać publiczność? To jak na kobietę dorastającą w tamtych czasach dość nietypowe…

Ostatnio przeczytałam w książce „Dziewczyna z zespołu”, że odkąd Kim Gordon z Sonic Youth skończyła pięć lat, wiedziała, że chce być artystką. Poruszyło mnie to, bo pamiętam, że kiedy poszłam do pierwszej klasy podstawówki, zdecydowałam tak samo. Niekoniecznie myślałam o  graniu na instrumencie, wiedziałam tylko, że chcę być na scenie. Bycie jedyną basistką w dużym kraju to dzieło przypadku. Ale jednocześnie wciąż wydawało mi się dziwne, że jestem jedyna. Zastanawiałam się, gdzie są te inne dziewczyny? Czy one nie chcą mieć swoich zespołów? Była Tekla, ale wtedy jej jeszcze nie znałam.

Wygląda na to, że obie zastanawiałyśmy się nad tym samym. W moim przypadku zaowocowało to powstaniem portalu Gitarzystki.pl, zaś w Twoim powołaniem do życia zespołu Translola. Jak doszło do narodzin tej wyjątkowej formacji?

Od czasu kiedy zastanawiałam się, gdzie są inne grające dziewczyny, minęło dziesięć lat i nagle w Kawiarni Naukowej, w której grałam w zespole Eloe, poznałam Gabi, charyzmatyczną wokalistkę, a zaraz potem Aminę – kobietę, która jak szatan grała na gitarze, Jimiego Hendrixa w spódnicy. Ośmieliłam się i zaproponowałam im założenie zespołu. Po pół roku miałyśmy już sporo kawałków, ale brakowało nam perkusistki i wtedy dostałam namiar do Żany. To śmieszna historia, bo zaprosiłam ją na próbę, nie wiedząc, jakie jest jej doświadczenie muzyczne. Powiedziałam, że gramy taki swingowy kawałek i spytałam, czy umiałaby go zagrać. Wzruszyła ramionami, powiedziała, zobaczymy i zaczęła grać. Pamiętam, jak powoli opadała mi szczęka. Potem nieśmiało spytałam, czy chodziła do szkoły muzycznej, a ona, tak, skończyłam Akademię Muzyczną. Ha, ha, zrobiło mi się głupio! Nie byłam pewna, czy będzie chciała udzielać się w postpunkowej kapeli, ale na szczęście się zdecydowała. Przeżyłyśmy razem pięć lat – prób, koncertów, tras, nagrałyśmy płytę. Kiedy ją włączam, ciągle dziwię się, że to taki dobry album.

Co różniło ten zespół od innych składów, w których się udzielałaś? Poza oczywistym faktem, że tworzyły go same kobiety.

Po raz pierwszy w życiu miałam odwagę się otworzyć, nikt mnie nie cenzurował, nie patrzył krzywym okiem, kiedy zagrałam niewłaściwy dźwięk, a tego rodzaju doświadczenia wyniosłam właśnie z pracy z facetami. Nie jestem wybitną instrumentalistką, raczej naturszczykiem, który znajduje radość w graniu, kiedy są ku temu sprzyjające warunki. Granie to dla mnie forma ekspresji. Przy dziewczynach mogłam się mylić i paradoksalnie to najwięcej mnie uczyło. Poza tym wspólnota kobieca, bycie ze sobą, gadanie o tym, w co ubierzemy się na koncert… Zespół jest jak dysfunkcyjna rodzina, a z dziewczynami to bardzo specyficzny lot. To, ile przeżyłam z Translolą, mogłoby być opowieścią na grubą książkę.

Janka Diagilewa – postać w Polsce praktycznie nieznana stała się dla Was zespołową inspiracją…

Jankę Diagilewą przywiózł mi kolega Darek Kłosiński, basista m.in. Mass Milicji i Past w postaci kasety z nagraniami. Poprosił, żebym posłuchała, a ja się zakochałam. Proste, piękne piosenki. Darek zasugerował, abyśmy jako Translole zagrały parę piosenek Janki, a ja pomyślałam, że to świetny pomysł. I zaczęło się. Najpierw poprosiłam znajomego, Zdzisława Czmera, tłumacza m.in. Achmatowej, aby przetłumaczył je dla nas na język polski. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam te przejmujące, pełne bólu i buntu teksty, a raczej liryki, bo to najwyższego lotu poezja. Pomyśleć, że Janka miała dwadzieścia cztery lata kiedy umarła, znaleziono ją martwą nad rzeką, a przyczyna śmierci do tej pory nie została wyjaśniona. Podejrzewa się, że została zamordowana.

Zaczęłyście od tekstów, ale na tym Twoja podróż jej śladami wcale się nie zakończyła?

Tak, najpierw zaaranżowałyśmy po swojemu sześć piosenek Janki i nagrałyśmy EP-kę z polskim tekstami. W późniejszym czasie skontaktowałam się z muzykami, którzy z nią grali i pojechałam na Syberię. Tak naprawdę to część podróży odbyłyśmy jako zespół, zagrałyśmy koncert w Perm na Uralu, a potem już sama wraz z niemiecką dokumentalistką Steffie Trambow pojechałam do Tyumeni. Chciałyśmy nakręcić film o naszej podróży śladami Janki. Poznałam cudownych Rosjan, byłam w niesamowitych miejscach, część materiału została nakręcona, ale pojawiły się trudności. Już prawie było klepnięte, w sensie pojawiła się szansa na pieniądze, za które można by zrealizować film, a potem lipa. W końcu namówiłam Leszka Gnoińskiego, dziennikarza muzycznego, twórcę m.in. „Beats Of Freedom” na zaangażowanie się w film. Napisaliśmy do MKiDN i projekt przeszedł w pierwszym etapie. Drugi to już była formalność. Wszystko było ustawione, trasa zespołu po Rosji, spotkania z ludźmi. A tu nagle Polska zerwała stosunki z Rosją, wszystko odwołano. Jakieś fatum.

Tak czy inaczej zespół istniał do połowy 2014 r. W Polsce miałyście wierne grono odbiorców. A za granicą?

Do dziś Translola jest w pewnym sensie znana w Rosji, mamy rosyjski fanpage, piszą do nas rosyjscy fani, pytając, kiedy wreszcie zagramy  koncerty? Piosenka Janki w naszym wykonaniu pt. „Smutku mój” ma na YouTube prawie pół miliona odtworzeń, a to za sprawą filmu, w którym została wykorzystana – „Facet niepotrzebny od zaraz” w reżyserii Weroniki Migoń. To bardzo smutne, bo Weronika umarła w zeszłym roku. Janka Diagilewa namieszała w naszym życiu, ale historia się jeszcze nie skończyła, mam wrażenie, że będzie ciąg dalszy. Nie wiem tylko kiedy.

Od grania w punkowej kapeli płynnie przeszłaś do kolejnego rozdziału w swoim życiu – zostałaś główną organizatorką i menedżerką Festiwalu Kobieca Transsmisja. Od dawna marzyłaś o takim przedsięwzięciu?

Tak naprawdę festiwal zaczęłam organizować równolegle z początkiem grania w Transloli. Nie bardzo wtedy wiedziałam, jak spowodować, aby zespół nie tylko spotykał się na próbach, ale również grał koncerty, a więc festiwal. Będę zapraszać kobiece bandy i przy okazji Translola też będzie grać – tak myślałam. Nie wiedziałam, z czym się mierzę, czyli na przykład z tym, że w Polsce nie ma prawie żadnych kobiecych zespołów. Tak się zaczęło. Pierwsza Transsmisja udowodniła, że to bardzo dobry pomysł. Przyszło mnóstwo ludzi, sprzedałam wszystkie bilety. Zagrały  Masskotki, Betty Be, no i Translola. Dziś żaden z tych zespołów już nie istnieje, co pokazuje dynamikę kobiecej sceny. W zeszłym roku odbyła się siódma edycja festiwalu, sama jestem w szoku, że tak długo to ciągnę. Oczywiście pojawiły się osoby, które wraz ze mną pracują przy organizacji – Paulina Bisztyga, wspomniany już Leszek Gnoiński. Co będzie dalej?  Zobaczymy. Zeszłoroczna edycja była bardzo dobra. Jest już w czym wybierać. To znaczy są świetnie grające kobiece zespoły, jest ich coraz więcej, trzeba mieć tylko pieniądze, żeby je zapraszać.

Kto wymyślił obozy rockowe dla kobiet? To wyłącznie Twoja inicjatywa?

Obozy rockowe dla kobiet wymyśliły Amerykanki. Zaczęły organizować je już dwadzieścia lat temu, a idea bardzo szybko rozprzestrzeniła się prawie na cały  świat. Założyły organizację Girls Rock Camp Alliance, która zrzesza dziś ponad 50 obozów z całego świata i wciąż rośnie. Wszystkie mają wspólną ideę – aby uczestniczki mogły budować poczucie własnej wartości i poprzez muzykę rozwijać umiejętności liderskie. Dziś jesteśmy częścią tej organizacji. W zeszłym roku byłyśmy na konferencji w Filadelfii, było to niesamowite spotkać w jednym miejscu 200 kobiet promujących kobiece granie i po prostu grających. Zetknęłam się ideą rockowych obozów w czasie jednej z naszych tras. Grałyśmy koncert, podczas którego został pokazany o film o GRC w USA. Pomyślałam wow, to jest to!

Jak od idei przeszłaś do czynu? Szczęśliwy zbieg okoliczności czy miałaś jakiś większy plan?

Raczej to pierwsze połączone z systematycznym działaniem. Niedługo po wspomnianym wyjeździe poznałam Hilary Binder, amerykańską perkusistkę, postać kultową, grającą w awangardowej, hardcorowej formacji Sabot. Zaprosiła mnie abym przyjechała do Taboru, miasteczka w Czechach, na organizowany przez nią Rock Camp pro Holki – był to GRC dla czeskich dziewczynek. Miałam uczyć gry na basie. Pomyślałam, raz kozie śmierć, założyłam gitarę na plecy, wsiadłam do pociągu i wylądowałam w Taborze. No i ten tydzień po raz kolejny zmienił moje życie. Od tego czasu nie myślałam już o niczym innym, jak tylko o tym, aby takie obozy organizować w Polsce. W tak zwanym międzyczasie uczyłam gry na basie nastolatki na obozie, który zorganizowały dziewczyny w ramach swojego festiwalu No Woman No Art.  Minął rok, czy dwa, szukałam kontaktów, nawiązałam je. Zostałam zaproszona na międzynarodową konferencję GRC do Szwecji, pech chciał, że wtedy znów grałam trasę z Translolą. Zaproponowałam znajomej z Bielska z Fundacji Pozytywnych Zmian, aby pojechała w moim imieniu. Wybrała się tam razem z koleżanką i potem już razem myślałyśmy, jak to ugryźć. Koniec końców dostałyśmy wsparcie finansowe od Fundacji Batorego i w ten sposób udało się nam zorganizować trzy obozy dla nastolatek Karioka Girls Rock Camp – nazwa wzięła się od imienia zbuntowanej nastolatki z serialu „Stawiam na Tolka Banana”. Ideą jest, aby te obozy były bezpłatne, żeby każda dziewczynka mogła sobie na nie pozwolić.

„Obozy dla starych dziewczyn” czyli Lucciola Ladies Rock Camp  – od pierwszej wzmianki ten slogan niezwykle mi się spodobał. Nikt wcześniej nie wpadł na to, że  dojrzałe kobiety też mają ochotę poszaleć z gitarami?

I jeszcze jak bardzo mają ochotę poszaleć! Nie zdawałam sobie sprawy, że ta szansa okaże się tak ważna dla wielu kobiet. To jest zmiana, zmiana rozumiana jako rozwój, często przyczynek do zrobienia gruntownych porządków w swoim życiu. Odpowiedzenie sobie na pytanie, co tak naprawdę jest dla mnie istotne? Kiedy były nastolatkami, mogły być tylko groupies, nikt się ich nie pytał, czy chcą grać w bandzie. One same też nie zadawały sobie takich pytań, bo tylko faceci mieli swoje zespoły, tak po prostu było. Stały więc pod sceną i tak naprawdę nie wiem, co myślały, czy marzyły, aby też kiedyś stanąć na scenie z gitarą? Siąść za garami? Czy chciały zbliżyć się do tego, co czuli mężczyźni, znajdując się na scenie? Czy było to tak poza zasięgiem, że nawet nie ośmielały się marzyć? Utarło się myśleć, że tylko faceci potrafią grać mocno, ostro. Śmieszne. Niby dlaczego? I teraz nagle pojawia się taka możliwość. Te dorosłe już kobiety, stare dziewczyny, tak je sobie nazwałam, bo sama jestem starą dziewczyną, konfrontują się z faktem, że wszystko jest możliwe. Nieważne, że jesteś kobietą, nieważne, że masz 30, 40, 50 lat, możesz złapać gitarę, usiąść za perkusją i zacząć grać.

Takiemu pierwszemu samodzielnemu kontaktowi z instrumentami, innymi muzykami oraz graniem na żywo muszą towarzyszyć ogromne emocje?

Oczywiście! Wiesz, że mają łzy oczach, kiedy uczą się grania pierwszych dźwięków? Niektóre mówiły do mnie: „Nie wiem, dlaczego lecą mi łzy, nie potrafię tego powstrzymać, ale to jest piękne”. „Równocześnie przeżywam ogromny lęk i jestem szczęśliwa” – to słowa jednej z uczestniczek. Takie obozy są już organizowane na świecie, tutaj w Polsce nazwałyśmy je Lucciola Ladies Rock Camp i chcemy je organizować nie tylko w Krakowie. Do tej pory odbyły się dwa. Teraz w lipcu od 17 do 24 wielki letni obóz w Nowicy na dwóch poziomach zaawansowania. Trenerkami będą znane rockmenki, przyjeżdża między innymi wspomniana już Hilary Binder, najbardziej charyzmatyczna amerykańska perkusistka ever, Tekla, wyjątkowa basistka, Nela Gzowska, kolejna fantastyczna basistka, Amina Dargham, szatan z gitarą z Transloli i Agata Bargiel, która uwalnia głos. To będzie piękny obóz, już nie mogę się doczekać. Podejrzewam, że energia, która się uwolni, zmieni świat, a na pewno sytuację na rynku muzycznym w Polsce. Już grają zespoły, które powstały na krakowskich Lucciolach. Potem będzie kolejny obóz w Warszawie, chcemy aby Lucciola się rozwijała. Dla zainteresowanych podaję link do zapisów na obóz w Nowicy: http://lucciola.rockcamp.com.pl.

Jesteś osobą wszechstronną. Kiedy patrzy się na zakres Twoich zainteresowań, w zasadzie trudno stwierdzić, czy bardziej jesteś muzykiem, basistką czy organizatorką, aktywistką i propagatorką kobiecej twórczości. Jak sama siebie postrzegasz?

Ciągle coś zmieniam, wymyślam nowego, trudno mi się zatrzymać. Tak naprawdę mam już nowe rzeczy w głowie, przede wszystkim Ladies Rap Camp dla starych dziewczyn. Sytuacja kobiet na scenie rap w Polsce jest nieciekawa, oględnie mówiąc, a na świecie grają już takie fajne składy. Ostatnio jak byłyśmy na Islandii przy okazji nawiązywania współpracy przy tworzeniu GRC,  poznałam świetny rapowy damski zespół piętnastu dziewczyn – Reykjavíkurdætur. Może zaproszę jedną z nich, aby poprowadziła warsztaty? Poza tym chcę coś napisać o zmianie, muzyce i kobietach, na przykład dlaczego damskie zespoły tak szybko się rozpadają? Chciałabym też wyszkolić się w indywidualnym wspieraniu w twórczej drodze, takiego wsparcia potrzebują zarówno początkujące muzyczki jak i trenerki. To zupełnie nowa sytuacja, otwiera się nowy rynek, a co za chwilę nas czeka? Powtórzę jeszcze raz, bo już to mówiłam: wierzę w to, że za parę lat Polska stanie się krajem pełnym szczęśliwych i spełnionych kobiet, a to za sprawą wspólnego grania muzyki. Bo cóż piękniejszego jest w życiu?

Rozmawiała Aleksandra Siemieniuk
Fot. Katarzyna Gromada